Recenzja albumu Sing Sing Penelope - Music for Umbrellas - Independent.pl sierpień 2006)


Yass dla smaku. Wyrafinowany, ale jakże przystępny. Smak kontynentalny, momentami nieco ekscentryczny i eksperymentalny. Jednak zadowoli miłośników klasycyzmu, jazzowej wirtuozerii. Szału uniesień, co da się ujarzmić skomplikowaną konstrukcją. Taka właśnie jest nowa płyta bydgoskiego kwintetu Sing Sing Penelope. "Music for umbrellas" to hybryda improwizacji oraz oczywistych wyznaczników gatunku, posadowiona w świecie popkultur, a więc łatwiejsza. Bardziej przystępnie zagrana- obyło się bez hałasowania, rozbuchanego melodramatyzmu czy mistrzowskich popisów. Muzyka hipnotyzuje swoją swobodą, brakiem nakazów i przedziwną logiką konstrukcji, która wciąż daje poczucie lekkośći i motyli w brzuchu. Do yassowych standardów pododawane są a to rozmyte ambienty i zdziczałe harmonie ("Chikens"), a to improwiazje w stylu ugrzecznionych Pink Freud( "Fis & Love, a nawet podróże sentymentalne na electroklikach w "La Couchete". Muzyka dla parasolek broni polskiego fusion zaciekle. Nie robi tego jednak krzykami, fanfaradami czy sciekłym jaz(z)gotem. Zwycięża ot tak, bez zbytniego wysiłku, lekko i z pomysłem. Wywołując przy okazji uśmiechy i przepastne oceany wspomnień, jak to kiedyś było pięknie. Agata Woźniczka