"Przełom nastąpi w Europie "- rozmowa z Rafałem Gorzyckim dla Gazety Wyborczej (3.10.2006)


Mówi się o nich, że są największą nadzieją polskiego jazzu i że przewodzą pokoleniowej zmianie warty na krajowej scenie. Doceniono ich także w Wielkiej Brytanii, gdzie debiutancki album trafił do pierwszej dziesiątki zestawienia najważniejszych płyt awangardowych 2005 roku. We wrześniu wydali drugi album "Music For Umbrellas".

Łukasz Warski: Herbie Hancock powiedział przy okazji jednej z wizyt w naszym kraju, że polscy muzycy są świetnie wyszkolenie technicznie, ale stoją w miejscu, tkwią w tradycji. Czy Sing Sing Penelope jest swego rodzaju przeciwieństwem tego typu postawy?

Rafał Gorzycki, perkusista Sing Sing Penelope: Dokładnie powiedział, że nie rozumie, czemu tak wybitni instrumentaliści wciąż nagrywają standardy i nie poszukują nowego języka. Przypomniałem tę wypowiedź podczas wywiadu o przyszłości jazzu, ale nie tylko w Polsce. Sądzę, że jazz będzie żył, póki będą twórcy, którzy szukają nowych rozwiązań. I w tym kontekście muzycy Sing Sing Penelope - czyli my (śmiech) - chcemy znaleźć nasz własny język. Jesteśmy w drodze. Nie wiemy, dokąd trafimy. To spore ryzyko, ale nie chcemy iść wydeptanymi ścieżkami. Możemy zabłądzić, ale możemy też dojść na dziewicze tereny. Sama ta muzyczna podróż jest piękną przygodą.

Co jest zatem najważniejsze dla muzyków jazzowych - poza talentem oczywiście? Umiejętności techniczne, intuicja czy doświadczenie?

To jest ważne pytanie. Ostatnio czytałem felieton Lecha Borowca o tym, co powoduję, że jeden muzyk jazzowy jest ikoną, a inny nie. Myślę, że to jest podobne pytanie, bo dotyka istoty... Odsyłam do "Diapazonu". W moim odczuciu ważna jest świadomość. Co? Dlaczego? Po co? To jest zagadnienie, które powinno być obowiązkowe na zajęciach w szkołach muzycznych. Jaki ma być twój przekaz? Z czym się identyfikujesz? Odpowiedzi pomagają w byciu autentycznym, a to w jazzie jest nie do przecenienia. Mówisz - talent... Wcale nie talent - utalentowani ludzie często przez to są leniwi i nie walczą, ale doświadczenie już tak. Przychodzi razem z dojrzałością, która też jest ważna. Poza tym to, od czego nikt nie ucieknie: praca, praca...

Wasz debiutancki album "Sing Sing Penelope" znalazł się w pierwszej dziesiątce najlepszych awangardowych płyt zeszłego roku wg londyńskiej stacji Last FM. Media określają was jako największą nadzieję polskiego jazzu i formację, która jest odpowiedzialna za zmianę warty na krajowej scenie muzyki improwizowanej. Jak przyjmujecie tego typu sformułowania?

Z dystansem. Ktoś coś napisze, ktoś przedrukuje. My wiemy, gdzie jesteśmy, na jakim etapie. To oczywiście bardzo miłe. Każdy twórca jest trochę próżny. Fakt, że jest dużo jazzu młodego pokolenia wysokiej próby i to cieszy. Jeśli ktoś uważa, że i my się do tej grupy zaliczamy i o tym pisze, to cieszy podwójnie. Ale najlepsze lata są przed nami.

Powiedziałeś, że granie koncertów to rodzaj psychoterapii. Dla ciebie czy dla publiczności?

Miałem na myśli siebie. Tak działa na mnie cała muzyka. Nie tylko kiedy gram. Kiedy słucham płyty lub jestem na koncercie podobnie. Sądzę, że bez muzyki w moim życiu byłbym dużo trudniejszym i zaburzonym człowiekiem. Ta forma zapomnienia, radości, ekstazy, duchowości, rzeczywiście jest dla mnie rodzajem terapii.

Drugim twoim najważniejszym przedsięwzięciem jest Ecstasy Project. Czy jest to odskocznia od Sing Sing Penelope?

W Sing Sing Penelope nie ma lidera, w Ecstasy Project jest. Ja nim jestem. To podstawowa różnica, która ciągnie za sobą lawinę innych. Mówiłem o idei i przekazie. W Ecstasy Project świadomie poszedłem w innym kierunku. Głębokiej liryki, spokoju. Przygotowuję trzecią płytę i będzie to już muzyka z pogranicza współczesnej kameralistyki i jazzu rodem z ECM czy Blue Note. Inna bajka.

Wśród swoich inspiracji wymieniacie między innymi Milesa Davisa. W czwartek minęła 15. rocznica jego śmierci. Jak oceniłbyś jego wpływ na muzykę, nie tylko jazzową?

Rzeczywiście. To już 15 lat. Pamiętam, że kiedy dowiedziałem się o śmierci Davisa, to się popłakałem. Serio. Miałem 16 lat i postanowiłem grać z Milesem. Zacząłem uczyć się angielskiego, więcej ćwiczyć. No, ale nie zdążyłem... To jasno pokazuje, jak duży wpływ miała na mnie muzyka Davisa. Teraz brakuje kogoś, kto pociągnie jazz do przodu, jak Davis kiedyś to uczynił. "Bitches Brew" to krok milowy. Są próby artystów w USA, ale moim zdaniem przełom nastąpi w Europie. Niebawem. W przeciągu 10-15 lat.