SING SING PENELOPE ~ Koncert w Pardon To Tu - relacja - Jazzarium



Sing Sing Penelope bydgoska, jazzowa formacja niespecjalnie rozpieszcza warszawską publiczność. Dlatego informacja o ich wrześniowym przyjeździe do stolicy zelektryzowała ich wyznawców. Postawiła na baczność i kazała, jak na alert, stawić się 26 września w Pardon, To Tu. Niezawodnym klubie propagującym muzykę jazzową i improwizowaną, miejscu sprzyjającym niszowym, wymagającym projektom. Nie zdziwiło więc nikogo, że to właśnie tam odbył się warszawski koncert Sing Sing Penelope.

Koncertu, który tym razem niczym nie zaskoczył, ale też i nie rozczarował. Nie było nowych kompozycji, był zestawem tego, co już znamy i lubimy w składzie, do którego już też zdążyliśmy się przyzwyczaić i docenić: Rafał Gorzycki (perkusja), Wojtek Jachna (trąbka), Aleksander Kamiński (saksofon sopranowy), Daniel Mackiewicz (fortepian elektryczny, syntezator, perkusjonalia), Patryk Węcławek (gitara basowa). W nastrój jeszcze przed koncertem wprowadził nas swoim elektronicznym sprzętem Daniel Mackiewicz. Pochłonęła nas mroczna syntezatorowa muzyczna toń z czasem wzbogacona o perkusjonalia. Na każdy ich dźwięk reagował subtelnym brzmieniem perkusji Rafał Gorzycki. Stopniowo do tego nieco kontemplacyjnego duetu dołączyli najpierw Jachna, po chwili Kamiński, skutecznie łamiąc spokojny rytm i kierując nas w zdecydowanie agresywne brzmienie dodatkowo spotęgowane basem Węcławka. Ten układ się powtarzał i z czasem stawał się przewidywalny. Z jednej strony mieliśmy więc szalejącego Mackiewicza na elektrycznym fortepianie, uderzającego w klawisze z taką mocą, jakby zaraz miał eksplodować, a z drugiej melancholijnego Gorzyckiego, który delikatnie kolorował przestrzeń perkusją. Pośrodku trąbka i saksofon, w tle nie dający się wyprowadzić z równowagi bas Węcławka.

Było w tym koncercie wszystko, co czego przyzwyczaili nas Sing Sing Penelope: rock w estetyce lat siedemdziesiątych, muzyka elektroniczna, jazz. Było lirycznie, czasami medytująco, ale nade wszystko dynamicznie aż do ekstatycznego zwieńczenia. Aż chciało się zakrzyknąć z ulgą: uff! Bo jeszcze moment, a sami byśmy eksplodowali z nadmiaru muzycznej energii.

Beata Wach