SING SING PENELOPE ~ THIS IS THE MUSIC / VOLUME 1 - JAZZ FORUM (*****)



Karierę Sing Sing Penelope śledzę od momentu powstania zespołu. Panowie zaczynali jako odnowiciele tradycji fusion sprzed 3-4 dekad, jednak z czasem coraz bardziej wyzwalali się od jazz-rockowego schematyzmu. Co prawda ten idiom wciąż pozostaje dla nich głównym punktem odniesienia, ale dziś grupa interpretuje go zdecydowanie po swojemu i niejednokrotnie przekracza.
Na nowej płycie bydgoskiej formacji nadal da się więc łatwo wyczuć inspirację muzycznym kontinuum ciągnącym się od medytacji z Davisowskiego "In a Silent Way", pierwszych płyt Weather Report oraz psychodelicznych wątków Soft Machine z wczesnych lat 70., po współczesną skandynawską minimalistyczną jazzującą elektroakustykę spod znaku Supersilent. Te nazwy padały także w recenzjach poprzednich płyt Sing Sing Penelope, jednak tu zespół odnosi się do tej spuścizny w mniej dosłowny, bardziej autorski sposób. Co prawda w niektórych momentach wyraźniejsze niż wcześniej wydają się być echa twórców "I Sing the Body Electric", m.in. ze względu na obecność nowego saksofonisty, Aleksandra Kamińskiego, który operując dość zwięzłą, a zarazem melodyjną sopranową frazą sytuuje się bliżej Shortera niż Coltrane'owsko zorientowany Tomek Glazik. Ten ostatni wciąż jest tu obecny, ale tym razem stroni od ekstatycznej tenorowej ekspresji, częściej za to czaruje pięknymi, zadumanymi motywami klarnetu basowego.
Muzycy stawiają na coraz bardziej otwarte formy; coraz śmielej wkraczają również na teren dźwiękowych abstrakcji, świetnie skomponowanych z ascetycznych impresji, barw, najróżniejszych efektów sonorystycznych, dzięki czemu budują doskonałe podskórne napięcie. Z drugiej strony mamy tu też sporo doprawdy uroczych motywów, prezentujących członków Sing Sing Penelope jako wyśmienitych liryków. Pewnym zaskoczeniem jest czerpiący z hinduskiej rytmiki, nagrany z użyciem tabli utwór "Blue hypergiant".
Nawet w tych bardziej uporządkowanych fragmentach nie mniej ważne od samego tematu pozostają brzmienie oraz przestrzeń. Celebracji tych elementów sprzyja obecność Dja Strangefruita z Norwegii - jego pozornie skromne interwencje w znaczny sposób odpowiedzialne są za współkreowanie nastroju płyty. Choć momentami formacja rozrasta się do oktetu, muzyka pozostaje oszczędna, mądrze wyważona. W konsekwencji powstał najlepszy, obok nagranego wraz z nieodżałowanym Andrzejem Przybielskim, album Sing Sing Penelope. Wspaniale jest obserwować artystyczny rozwój tego zespołu. Czekam na volume 2.

Łukasz Iwasiński