SING SING PENELOPE ~ THIS IS THE MUSIC / VOLUME 1 /JAZZPRESS/



Poczynania Sing Sing Penelope śledzę od samego początku, mam chyba do tego zespołu pewną słabość i tym bardziej cieszę się, że nie daje o sobie zapomnieć. Właśnie ukazała się już szósta płyta tej bydgoskiej formacji, obwołanej swego czasu nadzieją polskiego jazzu. Od razu dodam: album bardzo dobry, wciągający, mieniący się wieloma barwami i odcieniami, a jednocześnie w tej różnorodności zachowujący od początku do końca sześciu kompozycji dojrzały, przemyślany i uporządkowany styl. Być może wartość zespołu tkwi w jego nieograniczonej wręcz zdolności do ciągłego ewoluowania, wyrażającej się zarówno w stałym poszukiwaniem brzmienia i sięganiem po nowe środki muzycznej wypowiedzi, jak też roszadami personalnymi. Nie są one tu jakieś znaczące, ale warto zauważyć, że każdy album – od doskonałego „We remember krzesełko” począwszy – nagrany został w nieco innym składzie niż poprzedni. Teraz do zespołu dołączył saksofonista Aleksander Kamiński (Dziki Jazz, Contemporary Noise), ponownie gościnnie występują rezydujący na co dzień w Norwegii dj Strangefruit i skrzypek Sebastian Gruchot. Medytacyjnego klimatu, jakim naznaczone były poprzednie wydawnictwa SSP, te zmiany nie zabierają, a poszerzenie przestrzeni o obecne już na poprzedniej płycie ambientowe akcenty wyszło tylko na dobre. Album zaczyna się właśnie tak, jak mogłaby brzmieć kontynuacja, wydanego przed dwoma laty w pamiętnych okolicznościach, „Electrogride”: po krótkim saksofonowym intro dostajemy najdłuższą kompozycję na płycie, ascetyczną, mroczną, na swój sposób liryczną, ze skandynawskim chłodem w dobrym tego słowa znaczeniu. I choć kolejne dwa utwory nabierają cieplejszych barw (melodyjna linia basu, saksofonu sopranowego, wstawione partie wokalne), ten niepokój i dramaturgia pozostają gdzieś pod ich powierzchnią, głównie w szumie elektroniki i przestrzennych pasażach trąbki Wojciecha Jachny. Po skromnej miniaturce (duet skrzypce – perkusja) następuje kończąca płytę kompozycja Daniela Mackiewicza, w niepokojącym dźwięku klawiszy, perkusji i saksofonu stopniowo nabiera dynamiki i siły, aż do ekstatycznego kolektywnego finału. Nie wiem, czy umieszczony w podtytule płyty zwrot „volume 1” to zapowiedź kontynuacji, ale nie mam nic przeciwko. Stawiam tę płytę na półce z najlepszymi krajowymi albumami, jakie w tym roku mogłem usłyszeć. Tak trzymać.

[Marcin Marchwiński]