Electrogride klubowa.pl



"Elektrozgrzyt". Pamiętam, jak spodobało mi się to słowo od pierwszego "wejrzenia" w maila, którego otrzymałam od zespołu Sing Sing Penelope.
Grupa znana jest pewnie głównie mieszkańcom Bydgoszczy, zwłaszcza tym zainteresowanym jazzem i bywającym w Mózgu.
Jednak i w Toruniu można było skład usłyszeć - w całości lub w...części. Muzycy bowiem grywają w różnych "kombinacjach",
m.in. w Rafał Gorzycki Ecstasy Project, w Dzikim Jazzie, Ape czy z Maestro Trytony (wszystkie grupy na www.myspace.com).
Płytę nagrali jednak w nie całkiem sing-singowym składzie. Poza Wojciechem Jachnalem, Danielem Mackiewiczem, Patrykiem Węcławkiem
i Rafałem Gorzyckim, w projekcie udział wzięli: Sebastian Gruchot i Aleksander Kamiński.
I najważniejsze - muzyków wsparł skandynawski specjalista od elektroniki - Pal Nyhus, znany raczej jako DJ Strangefruit.
Jeśli postaci nie kojarzycie, polecam stronę Mungolian Jet Set. Oryginalne, eklektyczne brzmienia; zaskakujące,
fascynujące połączenia technik muzycznych na pewno wam się spodobają. Chłodne i orzeźwiające, doskonałe na upały.

Co do samego "Elektrozgrzytu" - jest on projektem, którego efektem jest płyta "Electrogride".
Dlaczego tytuł obu zjawisk nie jest taki sam? Cytuję maila, którego otrzymałam od zespołu:
"Pierwotnie projekt miał obejmować koncerty w Polsce. Niestety, po smoleńskiej tragedii, trasa została odwołana,
a muzycy zamknęli się w studiu i nagrali materiał na album "Electrogride". Jako, że płyta została wydana w ramach projektu
finansowanego przez Norwegię, EEA, NFM i koordynowanego przez Ministerstwo Kultury - album jest bezpłatny i nieosiągalny w standardowej dystrybucji.
Album można odbierać w klubach, gdzie miały się odbywać koncerty w ramach trasy "Elektrozgrzyt"."

Pognałam więc czym prędzej do Dworu Artusa i po podaniu hasła otrzymałam oryginalny, szaro-żółto-różowy kartonik.
Industrialne, geometryzujące elementy na okładce od razu skojarzyły mi się ze słonecznikami, wyrastającymi odważnie z miejskich zabudowań.
Ciekawa, co kryje się na samej płycie, szybko ściągnęłam folię.

I na (niespełna)40 minut - ZNIKNĘŁAM.

" Nic.
Pytania.
Paradoksy.
Pusty umysł.
Stopy na ziemi.
Celowa - bezcelowość.
Cisza.
Otwarcie na dźwięki.
Muzyka i taniec - razem. I wszytko razem.
Żadnego początku, środka ani końca"

mówi spokojnym tonem hipnotyzera Daniel Mackiewicz w "Electrogride Part1".

Głos, nie za miękki, nie za głęboki, nieco senny, choć wyraźny... kołysze i wpływa łagodnie w elektroniczne grzechotanie...
w pojawiającą się jakby z wielkiej, cichej przestrzeni... w jakby spontaniczną, "echującą" i snującą się jak po spirali... melodię trąbki.

Wnika w pulsujące, skaczące z lewej w prawą, narastające szumy - jakby startującego samolotu.
Przypływa i odpływa, faluje łagodnie, wzmocniona pojedynczym tonem, podobnym do dzwonienia trójkąta.
Faluje, faluje... snuje się wokół trąbki to ciszej, to głośniej, melodie nakładają się na siebie i łagodnie splatają.
Gdzieś stuka przez chwilę dzięcioł, gdzieś wiewiórka obraca szyszkę? Dalej słychać brzęczenie łańcucha.
A może to dzwonią metalowe, powietrzne dzwonki?... gdzieś dziwne roboty - jak z opowieści Lema - klikają w przyciski i guziki.
Cyka radar. Z bliska nagle zakrzyczą spłoszone ptaki, zabrzmi na moment gwar dżungli czy dzikiego ogrodu o poranku.
Zazgrzyta łagodnie niedomknięta furtka do tajemniczego ogrodu.

"Electrogride Part 2" to z kolei "garnkowe" popukiwanie. Tu grzechot blaszki, tu puszka, tu jazzowy, szemrzący po talerzach pędzel.
Są i przesypujące się patyczki - ma się wrażenie, jakby dziecko toczyło po ulicy puszkę, pełną drobnych gałązek.
Elektroniczne nawoływania brzmią jak imitacja gwizdu ptaka w letni wieczór. Bezładny pozornie grzechot pałeczek i drewienek,
przerwany tu i ówdzie brzęknięciem talerza.

"Electrogride Part 3" rozpoczynają rewelacyjne... kwaknięcia:) Pojedyncze skrzypnięcia trąbki. "Part 3" to jednak przede wszystkim alarmujący dzwonek...
Za chwilę słychać charakterystyczny grzechot. Taki jak ten wykorzystywany w polskich dobranockach ("Dziwny świat kota Filemona"),
sprzężony z burzą i wichurą. Tu - alarmuje i budzi umysł, ukołysany wcześniej szurgotem patyczków. Trąbka, narastające szumy i wycia...
szorowanie jak zębami piły po opornym drewnie czy metalowej rurce. Wizgi, przeciągi, ciarki po plecach... fragmenty melodii,
spowalnianych i ściszanych, jakby porywanych przez wiatr... spokojnych, nieco smutnych. Wzmacniają je werble perkusji.
Pojedyncze stuki, piski jak głos nawołującego nocą na jeziorze nura.

Lament niespokojnych duchów w opowieści trębacza-melancholika...

Wreszcie zgiełk burzy cichnie.

Spokojny początek "Electrogride Part 4". Głosy instrumentów są stonowane, zmieniają się teraz w jakby rytualnie zawodzące,
wysokie, drżące tony. Może to resztki deszczu?
Może to egzotyczny ptak kruczy, schowany w drzewach?
Może las ożył w promieniach Księżyca i okazał się półdziką, wilgotną dżunglą?
Czy to czyjeś kroki?... aż chce się obejrzeć za siebie.
Czy jesteśmy otoczeni przez skrytych w mroku Obcych?
Czy ciemnoskóry szaman w masce wytańczy (się) zza drzewa w rytm delikatnych, suchych uderzeń w magiczne bębny?
W ostatnich sekundach - przez zgiełk niewyregulowanego radia - dobiega echo psychodelicznego "Strawberry Fields Forever" The Beatles.

"Electrogride Part 5" to zdecydowanie "radiowa" część płyty. Poza brzmiącymi od części 4 Beatlesami, pojawiają się tu gwizdy i świsty
jak z fletu czy fujarki bosego pastuszka...
a może czy "Sierotki Marysi" z kasety magnetofonowej, którą pamiętam z dzieciństwa?
Poświsty i grzmoty jak te, które potęgują głos Królowej Tatry, do której spieszyła Marysia.
Nagle - głos dziewczynki! Najpierw grzrzrzrzechoty... szszszszszmery, szurrrrrrgot nakrrrręcanej kkkkkluczykiem myszszszszki...
I głos! - wyraźny, dziewczęcy głos! Skojarzenie było natychmiastowe – z wystawą w toruńskim Centrum Sztuki Współczesnej
"Nie śpią tylko duchy". Coś niezwykłego jest w głosie - jak sądzę - dziecka.
Kilka tych samych, powtarzanych kilkakrotnie dźwięków, kilka niezrozumiałych do końca słów przebija się przez elektroniczną melodię.
Przez metaliczne szumy. Jakby radio łapało kila fal, jakby powietrze wibrowało... jakby wszystkie mechaniczne części zbiegły się,
ściągnięte niewidzialnym magnesem, drżąc i grzechocząc... sprężynując i brzęcząc.

"Electrogride part 6" to triumfalne zakończenie niezwykłej podróży. Drewniane "pukadełka" dają przyjemny, niedrażniący, nie za głośny rytm.
Na planie pierwszym - dość szybka melodia, oparta na kilku dźwiękach. Powtarzana wciąż i wciąż, fascynuje i pobudza ciało do ruchu,
do ślizgu, do gięcia się i falowania. Uwaga - nawet słuchana wczesnym rankiem, bez papierosa, alkoholu czy nawet kawy, część szósta może wprowadzić w trans.
I wreszcie, na finał, chwila przemijających dźwięków klawiszowych. Wszystko cichnie... stopniowo, ale dość szybko...
oddala się... trwa jeszcze gdzieś w przestrzeni.

Słuchając "Electrogride" nie słyszę agresywnych "elektrozgrzytów", których się spodziewałam.
Nie ma tu nic drażniącego, nie ma zaczepnych skrzypnięć czy zgrzytów. Jest harmonia, ale nie monotonia.
Płyta została skomponowana bardzo płynnie i tak jak lubię - bez ostrego podziału utworów.
Kolejne części łączą się miękko w jedną, długą, zróżnicowaną kompozycję. Przejścia - choć słyszalne, są łagodne.
Nastroje, w jakie dźwięki wprowadzają, przenikają się i wymieniają. Muzyka kołysze nas jakby na plecionej ze strun i drewnianych pałeczek huśtawce.
Gdzieniegdzie - metalowe linki i aluminiowe błyski, tu i ówdzie - przyjazne, grzechoczące kawałki drewna,
jakby wygładzone przez morze. Szmery i szelesty wyściełają "kołyskę". Brzęki, kroki i głosy powoli wprawiają ją w ruch.

"Electrogride" polecam szczególnie tym, którzy w muzyce szukają oryginalnych połączeń zjawisk natury i śladów cywilizacji.
Z jednej strony - jazzowego, nieskrępowanego błądzenia po dźwiękach, z drugiej - wciągającej, otulającej zmysły, ale zróżnicowanej elektroniki.

Doskonała muzyczna podróż - dla łagodnych i dla poszukiwaczy przygód.
(małgorzata maciejewska)