Sing Sing Penelope + Andrzej Przybielski - Stirli People In Jazzga Screenagers



Częstotliwość z jaką ukazują się nowe albumy projektów Rafała Gorzyckiego musi budzić respekt, zwłaszcza, że jest ona wprost proporcjonalna do jakości nagrań. Po koncertowej "Reminescence Europae" Ecstasy Project również nowy materiał Sing Sing Penelope zarejestrowany został podczas występu na żywo. Na dwóch istotnych płaszczyznach albumy te zdecydowanie się jednak różnią: pierwszy z nich zawierał głównie kompozycje znane już ze studyjnej "Europae", ale nagrany został w okrojonym składzie, natomiast "Stirli People" przynosi nowe kompozycje, na których istotne piętno odcisnął zaproszony do jej nagrania gość specjalny.

"Stirli People" to niezobowiązujący, weekendowy wypad w przeszłość, z którego przywieziono sporo precjozów. Te najbardziej oczywiste to stare, analogowe instrumenty, których brzmienie ma niebagatelny wpływ na charakter płyty. Klasyczne klawisze Rhodesa obsługiwane przez Daniela Mackiewicza i gitara Patryka Węcławka nieodparcie przywołują na myśl złote czasy rozkwitu funku gdzieś przy końcu lat 60. ubiegłego wieku. Dodają muzyce również szczypty psychodelii wprowadzając twórczość SSP na obszary kwaśnego fusion, gdzie znakomicie czują się dęciaki, przekomarzające się pomiędzy sekcją a elektrycznym pianinem. Trąbka Wojtka Jachny w utworze tytułowym brzmi jakby żywcem wyrwana z "Bitches Brew" Davisa: przepuszczana przez echo tworzy klimat niepokojącego chaosu i narkotycznej paranoi. Często poddawana innym - bardziej typowym dla ery informacji - elektronicznym manipulacjom, zapewnia również dawkę brzmieniowych niespodzianek, znakomicie wpisujących się w nieco odjechany charakter całości.

Uzupełnieniem oldskulowego wizerunku albumu jest składane chałupniczymi metodami opakowanie oraz sposób nagrania materiału. Zawartość ukrytych w ręcznie klejonych pudełkach płyt rejestrowana była podczas koncertów w łódzkiej Jazzdze i bydgoskim Mózgu, w październiku ubiegłego roku i zdecydowanie do twarzy jej w koncertowym wdzianku. Typowy dla niezobowiązujących jam session styl jaki bije z nagrań został w dużej mierze wykreowanego przez Andrzeja Przybielskiego. Major - bo taki nosi pseudonim - "od zawsze" gra z największymi tuzami polskiego jazzu: od Stańki począwszy a na yassowcach skończywszy, ale nigdy nie nagrał autorskiej płyty. Właśnie scena yassowa i wspomniany klub Mózg doprowadziły do spotkania tego znakomitego trębacza z Gorzyckim na początku lat 90. i w efekcie do kooperacji uwieńczonej omawianą tu płytą. Jego sceniczny luz, podkreślany licznymi okrzykami, podśpiewywaniem i komentarzami sprawia, iż ma się wrażenie, że muzycy raczej spotkali się na piwie i przypadkiem nagrali kilka świetnych numerów niż zebrali się by nagrywać płytę. Kompozycje, choć dokładnie przemyślane, są lekkie i nie trzymają się sztywno żadnych schematów ani motywów. To taka kontrolowana, psychodeliczna improwizacja, kameralne free bez silenia się na eksperymenty, równie szalone, co sentymentalne. Wszystkie te drobne elementy już się pojawiały na płytach Sing Sing Penelope i choć "Stirli People" sprawia wrażenie odmiennej to nie jest żadną radykalną zmianą stylu, a jedynie inteligentnym przesunięciem akcentów. W dobrym kierunku, bo ze wszystkich dotychczasowych wcieleń zespołu to podoba mi się najbardziej.

(Mateusz Krawczyk)