Stirli People - in Jazzga - recenzja Gazeta Wyborcza



Koncertowo, freejazzowo i w doborowym towarzystwie Andrzeja Przybielskiego - tak gra Sing Sing Penelope na nowym krążku.

Stirli People in Jazzga to nowość w twórczości Sing Sing Penelope. Zespół, który oscyluje między free jazzem, energetycznym fusion i elektroakustycznym eksperymentem zachwycił już w poprzednich swoich produkcjach nowym, świeżym spojrzeniem na jazz. Nowy krążek, wydany zaledwie kilka miesięcy po wysoko ocenianym "We remember krzesełko", pokazuje zespół w nieco odmiennej, bardziej freejazzowej odsłonie. Inaczej, ale nadal na wysokim poziomie. Stirli People to płyta koncertowa, nagrana w łódzkim klubie Jazzga i bydgoskim Mózgu. Usłyszymy na niej niesamowity duet, jaki tworzą młodzi muzycy z Sing Sing Penelope z nestorem polskiej sceny jazzowej Andrzejem Przybielskim. Pomysł dobry, wykonanie też dobre, jakość nagrania nie inaczej.
W muzyce słychać wyraźną dominację stylu Przybielskiego, który kompozycyjnie jest odpowiedzialny za zdecydowaną większość utworów na płycie. Jednak trzeba przyznać, ze muzycy z zespołu sprawnie dotrzymują mu kroku. To psychodeliczna kombinacja najwyższej klasy muzyków, którzy w nurcie free jazzu czują się jak ryba w wodzie. Fakt, że płyta jest krążkiem koncertowym, sprawia, że nie brak tu spontanicznej, rodzącej się z sekundy na sekundę coraz intensywniejszej interakcji poszczególnych instrumentów.
Muzycznie płyta nie należy do najłatwiejszych. Z pewnością nie powinno się jej słuchać w czasie gotowania obiadu. Kompozycje przygotowane przez zespół i Przybielskiego wymagają dużego skupienia i uwagi. Wtedy w pełni można docenić walory tej koncertowej produkcji. Kolektywna improwizacja, polirytmiczność, intrygujący motyw trąbki, któremu wtórują inne instrumenty, najpierw w dysonansie, później łączą się w harmonijną, subtelną melodię, wciąż trzymają słuchacza w napięciu. Maksymalnie absorbują uwagę. Słychać też wyraźnie, że wszystkie kompozycje, mimo iż grane na żywo, pełne spontanicznej improwizacji, są dokładnie przemyślane. To efekt wirtuozowskich umiejętności muzyków, zwłaszcza Przybielskiego, który uczestniczył w nagraniu ponad 70 płyt i współpracował z najbardziej znanymi muzykami, Niemenem, Stańką czy Komedą. Słychać też doskonałe porozumienie muzyków na scenie. Gdy któryś z instrumentów zaczyna dominować, inne subtelnie odchodzą w tło. Zmiany następują niezwykle naturalnie, co nie zakłóca kompozycji. Muzyka zdaje się swobodnie płynąć, a zmiany tempa czy nastroju nie sprawiają wrażenie wymuszonych. Miłymi dla ucha, zwłaszcza gdy słucha się płyty przez słuchawki, są wyłaniające się nagle z tła niepokojące szmery, pojedyncze, jakby przypadkowe dźwięki perkusji i elektroniczne, przestrzenne brzmienia, w żadnym wypadku niezakłócające głównej linii melodycznej. Słuchaczy zachwycą również genialne impresje saksofonu i trąbki, hammondowe brzmienie organów przywodzące na myśl lata 70. i intrygujące, często wręcz psychodeliczne wstawki elektroniczne.
Płytę z pewnością można polecić każdemu miłośnikowi jazzu, który w pozornym muzycznym chaosie, częstych zmianach nastroju i rytmu lubi odnajdywać ewoluującą, interesującą kompozycję.

(Marta Krygier)