Wywiad z SSP dla 'Jazz Forum' (10/11.2006) 'Sing Sing Penelope' - Łukasz Iwasiński


Rafał Gorzycki to perkusista związany z wieloma formacjami z kręgu nowego jazzu. Jego aktywność nabiera coraz większego rozmachu. Właśnie światło dzienne ujrzała druga płyta Sin Sing Penelope "Music For Umbrellas". Artysta pracuje także nad nowym albumem swego autorskiego przedsięwzięcia - Ecstasy Project. Ponadto niedawno udostępnił w formacie mp3 nagrania nieistniejącej już grupy Jaskinia oraz składankę "Rafał Gorzycki & Friends". O tym wszystkim (i nie tylko) rozmawiałem z muzykami Sing Sing Penelope - Gorzyckim oraz klawiszowcem Danielem Mackiewiczem i trębaczem Wojtkiem Jachną.

Jazz Forum: Zacznijmy od uporządkowania projektów, w których się udzielacie. Przedstawcie każdy z nich - na ile różna jest ich koncepcja, muzyka i wasza w nich rola?

Rafał Gorzycki: Sing Sing Penelope to najmłodsza grupa, w której się udzielam. Powstała z transformacji psychodelicznej, jazz-rockowej formacji Jaskinia około 2000 roku. Muzycy z zespołu coraz bardziej przesuwali się w kierunku jazzu i nie było już możliwości pracy pod tym szyldem. Zaraz potem dołączył saksofonista Tomek Glazik i trębacz Wojtek Jachna. W tym kwintecie pracujemy do dziś. Jest to dla nas ciekawe doświadczenie, bo w SSP nie ma lidera. Każdy ma trochę inne korzenie muzyczne. To bardzo świeże podejście, moim zdaniem, bo możemy sobie bez ryzyka krytyki, czy trzymania konkretnej linii przez lidera, eksperymentować z różnymi stylami, formami, brzmieniami. To przygoda. Ecstasy Project to z kolej klasyczny zespół z upartym, namolnym kierownikiem - czyli mną. Mam bardzo konkretną wizję brzmienia i ekspresji tego projektu i ją realizuję - od kompozycji po wybór studia nagraniowego. Trzecia formacja, w której gram, to Maestro Trytony, prowadzona przez Tomka Gwincińskiego. W MT gram już 11 lat i cały czas Tomasz mnie zaskakuje. Jakiś czas temu graliśmy kameralną muzykę współczesną do spektaklu "Ubu Król", teraz w triu dużo swingów, standardów jazzowych. Dużo się od niego nauczyłem - pewnej bezkompromisowości w tworzeniu, świadomości, co chcesz przez muzykę przekazać. Uczyłem się u Piotra Biskupskiego, Mirosława Żyty (ojciec Łukasza), byłem przez jakiś czas na Bednarskiej, a z drugiej strony poznałem właśnie Tomka Gwincińskiego, Sławka Janickiego, Tymona czy Trzaskę - artystów z trochę odmienną wizją współczesnego jazzu. Jestem przez to bogatszy o doświadczenia muzyczne, wejrzałem w różne filozofie i podejścia do aktu tworzenia. Teraz to wszystko wykorzystuję do rozwijania własnego języka muzycznego.

Daniel Mackiewicz: W chwili obecnej poza SSP grywam w zespole Sami Szamani (duża 5-8 osobowa drużyna z m.in. Glazikem i Gruchotem z SSP), a od niedawna w ciekawym kwartecie o roboczej nazwie Cyclists, w którym poza mną grają: Wojtek Woźniak - bas (ex-Variete), Jacek Buhl - perkusja (ex-4 syfon), dj Grzana - gramofony. Oba składy to, w porównaniu z SSP, znacznie radykalniejsze wejście w swobodną improwizację połączoną z mocnym, breakbeatowym groove'em perkusji. Zespoły te charakteryzuje maksymalna doza demokracji, w żadnym nie było, nie ma i raczej nie będzie lidera.

Wojtek Jachna: Ja, poza SSP, gram w Mordach oraz, wraz z Tomkiem Glazikiem, w nowym projekcie braci Kapsów - Contemporary Noise Quintet. Myślę, że to może być duże zaskoczenie. Materiał jest nagrany i jak dobrze pójdzie, to na jesień będzie płyta. No i czasem jestem rastamanem, bo incydentalnie udzielam się w bydgoskim Dubska.

JF: Właśnie ukazała się druga płyta zespołu Sing Sing Penelope "Music For Umbrellas". Opowiedzcie jak powstawały kompozycje, jak przebiegała sesja.

DM: Płyta powstała w ciągu trzech dni w szubińskim studiu Electric Eye prowadzonym przez braci Kapsów. Myślę, że byliśmy zdecydowanie lepiej przygotowani do tej sesji, mieliśmy materiał ograny na koncertach. Jednak studio zaskoczyło nas na tyle pozytywnie, że pozwoliliśmy sobie na nieprzewidywalność. Na płytę wszedł np. utwór "Chickens", który był po prostu "czapą" zagraną po rozstawieniu instrumentów - w ramach soundchecku. Spodobał się i został, mimo tego, że nie ma początku, który zniknął z dysku w nieznanych okolicznościach. (śmiech) Po dwóch dniach nagrywania mieliśmy około 85 minut muzyki, z której ciężko nam było coś wyrzucić. 50 minut weszło na "Music For Umbrellas", zostało ponad 30 minut eksperymentów z elektroniką i akustyką, które, jeśli życie nie zweryfikuje, zamierzamy wydać wczesną wiosną 2007 r. wraz z dodatkiem DVD z koncertu nagranego jesienią 2005 r. w Mózgu.

RG: Zaraz po wydaniu debiutanckiego albumu SSP bardzo dużo eksperymentowaliśmy z nowymi dla nas brzmieniami, pomysłami metrycznymi, formą. Tomasz (Glazik) kupił sporo elektroniki, Daniel przyniósł nowe analogowe klocki, Wojtek (Jachna) słuchał dużo Blue Note z lat 60. i przynosił piękne melodie. Ja oczywiście zgłębiałem stary ECM. Mieszanka wybuchowa. Tak właśnie powstało te pięć kompozycji, które są na nowej płycie. Jak wspomniał Daniel, nagraliśmy więcej materiału, który jednak stylistycznie odbiega od tego, co znalazło się na "Music For Umbrellas" - to rzeczy inspirowane muzyką konkretną, współczesną kameralistyką, awangardą jazzu. Na "Music For Umbrellas" przygotowaliśmy materiał utrzymany w jednej estetyce - będącej wynikiem ewolucji idei z debiutanckiej płyty.

JF: Jak byście określili tę ewolucję? Debiut SSP był wyraźnie pod wpływem tradycji jazz-rocka lat 70., ze wskazaniem na Soft Machine. Czy zgodzicie się, że dziś zespół - nadal odwołując się do kanonu z epoki od elektrycznego Davisa, przez Weather Report, po wspomniane Soft Machine - jednocześnie śmielej zerka na współczesną scenę neo-fusion, choćby tą z Chicago (Isotop 217)?

DM: Nie jestem w stanie porównać naszej muzyki do czegokolwiek, co się obecnie gra. Jeśli chodzi o sugestię dotyczącą naszych zapędów archeologicznych (śmiech), czyli wpływu Soft Machine, Milesa Davisa, Weather Report, nie będę zaprzeczał, że ten wpływ na to, co robimy, jest ogromny. Jeśli zaś chodzi o zestawienie obu płyt SSP, to wydaje mi się, że jest w nich pewna konsekwencja, ale "Music For Umbrellas" oceniam jako album zdecydowanie dojrzalszy, zarówno pod względem muzycznym, jak i produkcyjnym, brzmieniowym. Mam nadzieję, że piąta płyta zespołu będzie bardziej spójna. (śmiech) Jest nas pięciu, rządy mamy demokratyczne, więc i o jeden kierunek czasem trudno.

WJ: Brzmienie zespołu, takie a nie inne instrumentarium - electric piano, stare organy, syntezator Nord, trąbka, tenor - już samo to narzuca skojarzenia z epoką jazz-rocka. Zauważ jednak, że numery, które przyniosłem na płytę - "Walce bydgoskie" czy "Black Minority" - gdyby zostały zagrane bez elektrycznych instrumentów, z akustycznym fortepianiem, zabrzmiałyby klasycznie jazzowo. A tak brzmią jak - nazwijmy to - neo-fusion. Fakt, że ja uwielbiam to wczesne, drapieżne fusion. To co było potem - późne Return to Forever z Alem Di Meolą, późne Soft Machine, już mi się mniej podoba. W pewnym momencie fusion stało się pułapką i co bardziej rozgarnięci jazzmani wrócili do akustycznego grania. A dziś pojawia się w innej formie, są nowe możliwości brzmieniowe (bo przecież o brzmienie, barwę i klimat tutaj przede wszystkim chodzi), są laptopy. Mnie pociąga istnienie tych dwóch światów obok, np. tego, co robi Adam Pierończyk. Nasza muzyka jest inna, prostsza formalnie, ale chyba w tym jest jej siła. Cieszy mnie też to, że wielu ludzi zauważa jej "słowiańskość" - tak mówiono po naszych koncertach Niemczech. Ba, jeden gość w Berlinie powiedział nawet, że kojarzy mu się to co gramy z muzyką Niemena, który też przecież flirtował z jazz-rockiem, ale robił to po swojemu. To miłe. Swoją drogą, nie wiem, w którą stronę pójdzie ten zespół. Jest wiele inspiracji, bardzo różnych. I to chyba dobrze.

JF: Rafał, niedawno udostępniłeś w formacie mp3 nagrania projektu, z którego wyrosło SSP - Jaskinia, oraz składankę "Rafal Gorzycki & Friends - 1999-2003". Skąd ten pomysł?

RG: Krzysztof Piekarczyk z portalu Serpent.pl otwierał nowy sklep internetowy. Zaproponował mi, żebym udostępnił swoje nagrania archiwalne, które nie były nigdy oficjalnie wydane. Nigdy o tym nie myślałem, ale trochę się tego nazbierało. Wiedziałem, że nie ma szans żeby to wydać na CD, bo większość z tych projektów już nie funkcjonuje. Może za 30 lat, kiedy będziemy sławni, z okrągłymi brzuchami. (śmiech) Tam jest sporo dobrej muzyki.

JF: Warto przy okazji przypomnieć historię Jaskini - na płycie wystąpił m.in. jeden z nestorów naszego free, postać bardzo uznana, ale nieco tajemnicza - Andrzej Przybielski oraz Janusz Zdunek. Jak dziś, po kilku latach, oceniacie ten materiał?

RG: Przygotowując master dla Serpentu przesłuchałem tę płytę, chyba pierwszy raz po pięciu latach. Są tam naprawdę piękne kompozycje (np. "Space Mantra" Daniela Mackiewicza z drugim tematem Janusza Zdunka) i piękne sola Andrzeja Przybielskiego. To wielki trębacz. Gdyby tyle nie palił, byłby razem ze Stańką na szczycie, albo nawet wyżej. Jestem pewny. Ja też zagrałem tam dobre solo. Są tam jednak i rzeczy, na które bym teraz się nie zdecydował. Ale to już historia.

DM: Ja w ogóle nie słucham płyt, w których nagraniu uczestniczyłem. Uważam jednak, że to bardzo dobry materiał, jestem z niego zadowolony - między nami mówiąc, bardziej niż z debiutu SSP. (śmiech) Nagraliśmy tę płytę ponad sześć lat temu, nie pamiętam szczegółów, poza tym, że siedzieliśmy w studiu bardzo długo i wydaliśmy mnóstwo kasy. (śmiech) Teraz za tę forsę nagralibyśmy cztery albumy. Improwizowany utwór "Only You", nagrany wraz z Andrzejem, uważam za najlepszy na płycie i jeden z lepszych, w jakich nagrywaniu dane mi było uczestniczyć. Zespół Jaskinia zakończył działalność kilka miesięcy później, by dać miejsce Penelopie.

JF: Na składance "Rafal Gorzycki & Friends" usłyszeć możemy m.in. utwory projektu Red Eye of Mintaka, flirtującego z drum'n'bassem i hip-hopem. Czy pociągają was poszukiwania tzw. nowych brzmień?

RG: To był projekt skrzypka Sebastiana Gruchota, który jest zakochany w tej estetyce. Teraz studiuje saksofon w Norwegii i tam kontynuuje ten romans z nowym zespołem Ape. A swoją drogą coś jest z tymi skrzypkami - wielu gra na saksofonie. Sebastian gra też z nami w SSP. Na "Music For Umbrellas" jest jego ekstremalnie ekspresyjne solo. Z tego kręgu stylistycznego najbardziej podchodzi mi jungle, ale to chyba oczywiste, zważywszy, że jestem perkusistą. Rzeczy z kręgu jungle, d'n'b, hip-hop to nie jest dla mnie nowa muzyka. Doceniam jej atuty: brzmienia, rytmikę, ciekawe podziały. Niektórzy uwypuklają jej walory taneczne, a ja jednak wolę tańczyć przy muzyce takich ludzi jak Prince czy James Brown. Sądzę, że w każdym gatunku muzyki elektronika odgrywa już, lub będzie odgrywać dużą rolę. To, po prostu kolejny instrument i to wcale nie nowy. Posłuchaj muzyki konkretnej, a to połowa XX wieku - eksperymentów Cage'a, Stockhausena.

JF: Kiedy możemy spodziewać się nowej płyty Ecstasy Project?

RG: Do studia chcę wejść wczesną jesienią. Ideą albumu, który nosić będzie tytuł "Europea", jest swoisty hołd złożony europejskiej muzyce improwizowanej i kameralnej. To ma być kontra dla amerykańskiej współczesności. Dla mnie to, co dzieje się teraz w Europie, jest ciekawsze od większości produkcji z USA. EST, Stańko, cała scena skandynawska, ECM. Uwielbiam Rypdala. Poza tym cała liryka - od Szymanowskiego, Blachera i Szostakowicza po Komedę i Seiferta. Ale i z amerykańskiego olbrzymiego dziedzictwa bliskie jest mi brzmienie Blue Note z lat 60. - Dolphy, Tony Williams, Hutcherson, Hill i kwintet Davisa z lat 60. To był najlepszy okres dla jazzu amerykańskiego. Zresztą żyjemy w czasach globalnej wioski i pewne trendy się naturalnie krzyżują, uzupełniają. Dla ECM-u nagrywa wielu amerykańskich artystów. Najlepsze płyty Abercrombiego, Marka Feldmana, DeJohnette'a są nagrywane właśnie na starym kontynencie. Kiedyś chciałem emigrować do USA, teraz jestem dumny z tego, że jestem Europejczykiem. Płytę chcę nagrać w warunkach akustycznych podobnych do dużych studiów telewizyjnych z lat 60. Osiągnąć specyficzne brzmienie i naturalną ekspresję grania na żywo. Album nagrywamy z wibrafonistą z Trójmiasta - Pawłem Nowickim, znanym z Pink Freuda czy Kobiet, ale specjalizującym się przede wszystkim w muzyce współczesnej. Prowadzi on zespół perkusyjny Kwartludium, który często zapraszany jest na Warszawską Jesień.

JF: Wielu jazzmanów twierdzi, że domeną tej muzyki jest wolność. Co waszym zdaniem wyznacza granice wolności w muzyce?

RG: Co masz na myśli, mówiąc "tej" muzyki? Jakiej? Muzyka jest jedna. Nieważne, czy grasz fugę Bacha, koncert fortepianowy Schoenberga, czy "Take the A-Train". Każda muzyka musi "poruszać". Wolności nie należy mylić z chaosem. Sądzę, że ważna jest świadomość tego, co chcesz powiedzieć i w jakiej formie. Nie ma wypowiedzi bez formy. To jest ograniczenie samo w sobie. Moim zdaniem nie ma stuprocentowej wolności.

WJ: Niewątpliwie muzyka jazzowa kojarzy się z wolnością, ale... myślę, że istotą sprawy jest kontrolowanie tej wolności. Oczywiście jest free jazz, ale mnie osobiście nie przekonują te ekstremalne rzeczy. Osobiście bliżej mi np. do Stańki z okresu "Music For K." - ta muzyka ma straszny cios, jest gwałtowna i mocna, ale jednocześnie ma formę. A ponadto wykonują ją fantastyczni muzycy. My w SSP miewamy ciągoty do kolektywnej improwizacji i jest z tym różnie - czasem fantastycznie, a czasem naprawdę słabo. Pewnie będziemy się coraz bardziej otwierać na takie formy grania, dla mnie jednak rzeczą najważniejszą jest komunikatywność - nie pociąga mnie granie "frytek" dla trzech kolegów na sali, bo reszta uciekła. Na koncertach jest sporo improwizowanych rzeczy, ale staramy się to kontrolować. Zbyt wiele widziałem koncertów improwizowanych, na których spadłem prawie z krzesła z nudów. Oczywiście jest problem subiektywnego odbioru: jednemu może się coś podobać, komuś innemu nie.

JF: SSP oraz Ecstasy Project zostały dostrzeżone przez prestiżowe media jazzowe na świecie, zbierają bardzo pochlebne opinie. Czy przekłada się to na dystrybucję i sprzedaż waszych płyt, na koncerty?

RG: Otrzymaliśmy kilka zaproszeń na duże festiwale w Europie i USA, mamy propozycje dystrybucji w Australii, Stanach.

Łukasz Iwasiński - Jazz Forum