VI Święto Niemego Kina wg PopUp


W weekend 11-13 kwietnia w Warszawie odbyło 6. Święto Niemego Kina, nad którym drugi rok z rzędu mieliśmy zaszczyt patronatu medialnego. Choć niezmiennie płodna i frapująca okazała się idea tej imprezy – łączącej magię początkowych lat rozwoju dziesiątej muzy ze współczesną ilustracją dźwiękową – to tegoroczny festiwal nieco różnił się od wcześniejszych edycji, gdyż trwał trzy a nie cztery dni i po raz pierwszy odbył się w kinie Luna, a nie jak dotychczas – w Iluzjonie. Chyba każdy bywalec SNK nieco tęsknił do trącącego myszką Iluzjonu i jego parkowego otoczenia, jednak z drugiej strony, komfort odbioru w Lunie był zauważalnie wyższy, a nastrój i poziom imprezy praktycznie się nie zmienił. Jej niepowtarzalny urok zależy przecież nie od lokalizacji, lecz od filmów, artystów i publiczności. A wszystkie te trzy czynniki, jak co roku zresztą, zagrały na Święcie znakomicie – wśród filmów można było odnaleźć zarówno klasyki lub odnalezione obrazy, jak i produkcje zapomniane mniej lub bardziej słusznie; muzyczne spektrum rozpostarło się od jazzu i projekty improwizowane, przez czołówkę polskiej sceny niezależnej, po brzmienia nowoczesne i elektroniczne. Warto przy tym podkreślić, że profil muzyczny Święta silniej niż do tej pory ukierunkowany był na rodzimą scenę niezależną, co sprawdziło się doskonale. Nie zawiodła też publiczność, która wypełniła szczelnie festiwalowe sale na praktycznie wszystkich pokazach.
(...)
Drugi dzień imprezy otworzyła Matplaneta, którą jednak PopUp’owa delegacja przegapiła, festiwalową sobotę rozpoczynając od „Skarbu rodu Arne”, szwedzkiego klasyka kinematografii z muzyką Sing Sing Penelope. Ten dramat w reżyserii Mauritza Stillera, emanujący mroźnym przeznaczeniem ciążącym nad losami bohaterów, został przez bydgoską grupę zilustrowany z olbrzymim smakiem, zaangażowaniem, z pietyzmem niemal. SSP praktycznie skomponowało bowiem ścieżkę do zaproponowanego im filmu, obywając się bez sięgania po swoje wcześniejsze kompozycje i tworząc autorski program, doskonale korespondujący z narracją, dramaturgią i dynamiką obrazu. Ich występ, balansujący na pograniczu kompozycji i improwizacji w sposób dla widzów niemalże nierozstrzygalny, przypomniał o czasach, gdy jazz śmiało i często stawał się muzyką filmową. Można wręcz zaryzykować tezę, że występ Sing Sing Penelope był najbardziej donośnym punktem Święta, w czym muzykom z pewnością pomógł z jednej strony fakt, że „Skarbu rodu Arne” należy do filmów, które doskonale przetrwały próbę czasu, a z drugiej połączenie talentu, wykonawczej swobody i olbrzymiej pracy włożonej w opracowanie tej muzyki.
(...)
Szósta edycja Święta Niemego Kina była bardzo równą, może nie obfitującą w szokujące niespodzianki, ale zarazem pozbawioną niewypałów. Choć z każdym kolejnym rokiem pula zaskakujących projektów pozornie wydaje się mniejsza, ale są to w istocie pozory, a najważniejsze wydaje się, że Święto ukształtowało już swoją markę, stając się imprezą niepowtarzalną i ważną. Za ubiegłoroczną relacją powtórzymy więc, że SNK jest może i najlepszym wyróżnikiem Warszawy na kulturalnej mapie Europy, dodając przy tym, że nastrój festiwalu, różnorodność obrazu i dźwięku oraz wierna publiczność sprawiają, że w żadnym innym miejscu i czasie połączenie niemego kina i współczesnej żywej muzyki nie staje się tak wciągającym przeżyciem.

[tekst: piotr lewandowski]