Pokolenie lat 70. wraca do lat 70.    Przekrój


Dwie takie płyty, że ja przepraszam i szybko nadrabiam jedną, a drugą opisuję awansem (wychodzi 8.02). Wiem, nieczęsto decyduję się tak pilnie zrecenzować polskich wykonawców, ale ci tutaj to wciąż szczególne grono - drugie pokolenie yassowców. Ludzie, którzy terminowali u założycieli Miłości, Trytonów czy Łoskotu, a po jakimś czasie to im przyszło liderować scenie poszukującego jazzowego pogranicza. W dodatku reprezentujący dwa najważniejsze yassowe ośrodki: Trójmiasto (Pink Freud) i Bydgoszcz (Sing Sing Penelope). Nic tylko porównywać.(...)
(...)Grupa Wojtka Mazolewskiego pokazuje, że w jakimś sensie jest na końcu drogi (nawet jeśli będziemy pamiętali, że to materiał zarejestrowany przed jego ostatnim albumem studyjnym, może nam to przyjść do głowy). Sing Sing Penelope ciągle jest na początku - w tym sensie Pink Freud to grupa jazzowa, a SSP to yass pełną gębą. Dla tych ostatnich bardziej się wciąż liczy poszukiwanie niż znajdywanie. I tych też - w sposób naturalny, jeśli przypomnimy sobie dwie poprzednie płyty - zagnało w lata 70. Kapitalny "James Bond" (numer 2 na płycie) kojarzy się z najlepszymi momentami sceny Canterbury. Podobny rozmach aranżacyjny, bez utraty dynamiki. Finezja i potężne łupnięcie w jednym. Z kolei kończący album "Third Man on the Moon" jako żywo przypomina już bardzo konkretną kapelę z tamtych kanterberyjskich czasów - Soft Machine. W pewnym sensie SSP mają urok - gdy chodzi o tematy - Pink Freud sprzed kilku lat. Tyle że dęciaki grają tu wolniej, dostojniej. A Rafał Gorzycki na perkusji bardziej maluje nastroje, grając niczym klasyczni perkusiści orkiestrowi i na chwilę zapominając, że to jazz (jeśli to w ogóle jazz). Ciekawe, że SSP naturalnie rozbudowują partie klawiszy, więc brzmieniowo w tym punkcie oba zespoły (PF często od klawiszy stroni) zbliżyły się do siebie w sposób wyjątkowy. No dobra, aspekt improwizacji u PF jest znacznie mocniejszy, ale wahałbym się chwilę, którą płytę włączyć po raz kolejny - czy SSP, których utwory (2-4-6 - te obowiązkowo do sprawdzenia) bardzo mnie wciągnęły, by je poznać na pamięć, czy PF, których alchemicznych improwizacji nigdy nie spamiętam. Mimo tego, że jedni i drudzy uciekli w przeszłość, w lata 70., nie brzmią dla mnie obco. Może dlatego, że ta przeszłość to dla mnie, podobnie jak dla nich, kwestia pokoleniowa, okolice roku mojego urodzenia. Naturalne źródło. Łożysko, które mi zapewne dawało jakieś emocje, gdy jeszcze nie byłem ich w stanie odbierać własnymi zmysłami. Nie mogę tego pamiętać, ale czuć...
Bartek Chaciński