Wywiad z SSP i EP Trio "Fluid" 06.2005


Kilka słów na temat historii Sing Sing Penelope

Daniel Mackiewicz: Zaczęło się od projektu Konrad Wallenrod. Graliśmy wtedy w lokalnych klubach. Potem zaczęło się to rozrastać, teraz budujemy sieć marketingową (śmiech)

Ale jakieś cele pozabiznesowe też chyba macie?

DM: Jako cele pośrednie w zasadzie, nie bawimy się w zbędne idee. Ok., poważnie - zespół powstał około 4-5 lat temu. Wcześniej występowaliśmy w różnych składach i teraz też w różnych się udzielamy. Ważna rzecz - niedawno wydaliśmy płytę.

Rafał Gorzycki: Gdzieś w 2001 roku nagraliśmy album jako Jaskinia. Jednak gitarzysta (współzałożyciel wraz z Danielem i Patrykiem) wyłączył się ze składu i to jakby zablokowało możliwość używania nazwy Jaskinia. Trudno nam wydać ten album, a to ciekawy materiał - gra tam Andrzej Przybielski na trąbce i Janusz Zdunek. Ciężko nakłonić wydawcę, do wypuszczenia płyty zespołu, który nie istnieje i nie jest to zespół jakichś gwiazd.

A co z Ecstasy Project?

RG: Esctasy Project nagrało drugą płytę, która lada dzień będzie mieć swoją premierę.

Równolegle prowadzisz oba projekty?

RG: Ja nie jestem liderem Sing Sing Penelope. To zespół bez lidera sensu stricto - kompozytora, który przynosi gotowe kawałki. Pomysły rodzą się przeważnie na próbach, przerabiamy je wspólnie i rodzą się z tego utwory. Jeśli chodzi o Ecstasy Project, to druga płyta jest cała skomponowana przeze mnie. W jej nagraniu brał udział świetny skrzypek - Łukasz Górewicz, ale ze względów osobistych musiał się z projektu wyłączyć. Zastąpił go flecista - Tomek Pawlicki (gram razem z nim w Maestro Trytony). Będę więc promował płytę z innym składem, niż ten, który ją nagrał.

Powiedziałeś kiedyś: "Escstasy Project to droga w harmonię i spokój, odskocznia od awangardy"

RG: To prawda. Ja od czasu osiągnięcia jakiejś dojrzałości muzycznej grałem z Maestro Trytony Tomka Gwincińskiego, który jest dla mnie awangardowym muzykiem (to stwierdzenie zupełnie poza oceną wartościującą). Np. sposób prowadzenia koncertu jest dla mnie dosyć nietypowy - gramy jakiś repertuar, a on nagle mówi: "panowie, teraz głupia, szybka bossanova", albo jest zgiełk i za chwilę ballada na 3. To dość dezorientujące. A ja już wtedy dużo słuchałem ECM i zapragnąłem grać muzykę bardziej melancholijną, kontemplacyjną. Wtedy pojawiła się idea Ecstasy Project. Stworzyłem dla siebie taki obszar, który wolny był od tej agresywności, nieprzewidywalności. Inna sytuacja jest z Sing Sing Penelope. Tu podoba mi się to, że nie ma tu twardego lidera. W Maestro jest nim Tomek, w Ecstasy - ja, a w Sing Sing panuje demokracja. Mówi się, że muzyka nie toleruje demokracji i ja jako lider częściowo się z tym zgadzam, ale akurat w tym zespole jest to walor. Dzięki temu jest dużo przestrzeni, dużo inspiracji, które nie są blokowane przez lidera - choć oczywiście miewamy nawzajem do siebie jakieś uwagi. Ale zasadniczo jest to pięciu ludzi, którzy razem tworzą. Nikt nie narzuca swojej koncepcji. Każdy ma duże doświadczenie, inspiracje, ta muzyka jest otwarta.

Przywiązani jesteście do fusion lat 70. - Davis, wczesne Weather Report i przede wszystkim Soft Machine - mam rację?

Patryk Węcławek, RG, DM: Tak! Soft Machine, Weather Report, Davis z DeJohnettem i Hollandem - 10 punktów za strzał!

Rafał, o ile wiem DeJohnette jest ci szczególnie bliski

RG: Tą miłością w jakimś stopniu zaraził mnie Piotr Biskupski - mój były nauczyciel perkusji. DeJohnette jest tak melodyjnym i muzykalnym perkusistą, że to niemal harmoniczny akompaniator. Niesamowicie potrafi kolorować na perkusji nie porzucając przy tym rytmu. Ogromnie cenią jego twórczość dla ECM. Generalnie bardziej mnie to fascynuje niż amerykańska scena - poza tym okresem, kiedy nagrywał Coltrane, czy Davis z drugim kwintetem, czy potem z DeJohnettem i Hollandem (to w ogóle dla mnie dwa topowe składy jazzowe). To co wydaje ECM - właśnie DeJohnette i Holland, Abercrombie, czy Bass Desires - to świetne składy, często artystów amerykańskich, którzy jednak dużo ciekawszą i bardziej inspirującą muzykę nagrywali w Europie.

Macie swój wzór, ideał muzyka?

RG: To nie jest taka prosta sprawa. W momencie kiedy ktoś urasta do rangi ideału, to próbujesz go usilnie kopiować. Ja byłem w tej klatce przez jakieś dwa lata. Chciałem grać jak DeJohnette, ćwiczyłem jak cholera, ale nie mogłem nim się stać. Jestem biały, mieszkam w Polsce, w Bydgoszczy i nie ma sensu nikogo kopiować. Inspiracje jest ważna, ale trzeba w tym wszystkim znaleźć siebie. A jakbym miał wskazać wzór perkusisty, to byłoby to połączenie DeJohnetta, Tony Williamsa i Ala Fostera.

PZ: Pewnie - kocham Hollanda. Ale też basistów z jakichś odjechanych grup - choćby Brand X, gdzie przepięknie grał Parcy Jones, lubię go bardziej niż Pastoriusa. Ale ja nie spalam się koniecznie na basistów. Ważny jest Shorter, Mike Ratlegde

MD: Mike Ratlegde przede wszystkim! A z bardziej klasycznych, akustycznych pianistów - ogromnie lubię McCoya Tynera. Jako ważną inspirację wskazałbym też Charlesa Moffetta - perkusistę Ornette'a Colemana.

Tomasz Glazik: Zdecydowanie Coltrane.

A co powiecie na współczesne neo-fusion - choćby to, co robił Isotop 217?

RG: Nikt z nas nie zna dogłębnie tej sceny. W zasadzie to zetknęliśmy się z nią dzięki Robotobibokowi. Przez nich poznałem Chicago Underground czy właśnie Isotop 217. Dla mnie to nigdy nie była inspiracja. W tych chicagowskich zespołach brakuje mi ewidentnego solisty - takiego w typie Coltrane'a.

Ale u was też go w zasadzie nie ma. Nie ma tu stałego harmonicznego podkładu będącego tłem dla solistycznych popisów, wyrazistego podziału na akompaniament i solistę.

TG: A dla mnie jest - ja gram z solistycznym zacięciem, żywiołem.

RG: Użyłeś słowa "popisy". Nie o to w grze solowej chodzi. Solista, który się popisuje jest solistą w tym najbardziej negatywnym znaczeniu, katowicko-jazzforumowym - to oczywiście uproszczenie, bo i w tym środowisku są fajni muzycy. (w innym momentach naszej rozmowy jeszcze trochę dostało się naszemu jazzowemu establishmentowi, np. 'Tacy muzycy, jak choćby Bill Frisell, Dave Douglas - kolesie, którzy w 'Downbeacie' przez lata byli na pierwszym miejscu w swoich kategoriach instrumentalnych - przez wielu polskich jazzmanów są zupełnie pomijani. Ja akurat byłem w szkole na Bednarskiej i szokuje mnie, że tam wszyscy słuchają dużo muzyki, jazzu, a w ogóle ignorują płyty Frisella, Douglasa czy nawet Steve'a Colemana - przynajmniej tak było, jak ja się tam uczyłem')

DM: Wracając do twojego pytania - fakt, że nasza muzyka nie jest oparta na schemacie: temat-solówka-temat-solówka-temat. Jest zbudowana z takich klocków, które sobie składamy, przesuwamy. Dlatego wymyka się stereotypowo pojętemu jazzowi.

Tak czy owak, jest to muzyka o wiele bardziej harmonijna, poukładana niż którykolwiek z projektów z udziałem Petera Friis-Nielsena. Dlatego zdziwiła mnie twoja (Rafała) współpraca z nim i innymi duńskimi awangardzistami. Znam tego artystę z projektów z Trzaską czy Brotzmannem, widziałem go też kilka lat temu w Danii, na koncercie z Ghost-in-the-Machine i Evanam Parkerem. To muzyk podchodzący do instrumentu bardzo intuicyjnie, totalnie free. Taka ekspresja też jest ci bliska?

RG: To ciekawa historia. Udzielałem się kiedyś w zespole 3 Metry. Na drugą płytę nagraliśmy materiał mniej więcej pomiędzy Stevem Colemenem, a Ronaldem Shannonem Jacksonem. To było w 97 roku, w Szczecinie. I Łukasz Górewicz, który też z nami grał powiedział, że jest ciekawy koncert minimalistycznych muzyków z Danii. Wybraliśmy się i strasznie nam się spodobała ta muzyka. Po koncercie do nich podeszliśmy, powiedzieliśmy, że nagrywamy płytę i ktoś rzucił - "może wejdziecie z nami do studia, nagramy jakiś improwizowany set". Byliśmy bardzo młodzi - ja miałem 21 lat, skrzypek z 16. My graliśmy swoje, a oni swoje. Czyli my - ostre, nieparzyste fusion groove'y, a oni - jakiś zupełnie atonalny minimal. I to zostało uwiecznione na płycie. Dwa zupełnie różne fronty, które równolegle pracują, ale jakoś, na swój sposób się to łączy. Ja niestety wtedy nie byłem w stanie złapać z nimi interakcji, ale kiedy teraz słucham tych nagrań, to ma to dla mnie zupełnie inną jakość - przez to, że jestem o te parę lat starszy. To bardzo ciekawy materiał - 48 minut, świetnie zmasterowany. Jest to jednak tak dziwna i ekstremalna płyta, że nikt nie chciał jej do tej pory wydać, a wysyłaliśmy w najróżniejsze miejsca.