Wywiad z Rafałem Gorzyckim. "Najważniejsze są improwizacje" ( Dziennik krakowski)


Czy gracie jazz?

Zdecydowanie tak. Ale jazz to szerokie pojęcie. Istnieje wiele podgatunków tego nurtu. Nasza muzyka ma jazzową harmonię, oparta jest na swingu i jej istotną częścią są improwizacje. Nie jest to jednak klasyczny jazz. Pozwalamy sobie na różne eksperymenty. Ale, jak powiedział Herbie Hancock, "Muzyka jest tylko wtedy żywa, gdy się rozwija". Dlatego nie oglądamy się wstecz, tylko robimy swoje.

Wasze nagranie znalazło się jednak na składance z muzyką elektroniczną - "Sleep Well" - wydaną przez wytwórnię Requiem Records.

Bo elektronika odgrywa ważną rolę w tym, co robimy. To jednak nie moja zasługa. Odpowiadają za nią dwaj koledzy z zespołu Tomek Glazik i Daniel Mackiewicz. Grają oni na starych, analogowych syntezatorach, które emitują niesamowite brzmienia.

Wytwórnia Tone Industria, reklamując Waszą debiutancką płytę z ub. roku pisała, że prezentujecie "transową rytmikę o klubowym charakterze".

To chyba za dużo powiedziane. Nie znam muzyki klubowej, bo jej nie słucham. Bliższa mi jest stara elektronika, podana w akustycznym kontekście. Ale faktem jest, że wraz z basistą Patrykiem Węcławkiem gramy silnie transowe struktury rytmiczne. Może niektórym kojarzą się one z muzyką klubową.

Recenzent "Jazz Forum" stwierdził z kolei, że odwołujecie się do tradycji jazz-rocka.

Nie da się ukryć - widocznie ma dobre ucho. Decyduje o tym przede wszystkim użycie basu elektrycznego przez Patryka. Ja też czasem pozwalam sobie na prostsze groove`y, o ile takie są potrzeby aranżacyjne. Co prawda uczyłem się grać, słuchając jazzowych perkusistów, ale ostatnio lubię posłuchać Johna Bohnama z Led Zeppelin czy Stewarda Copelanda z Police. To świetni muzycy.

Jesteście z Bydgoszczy. Na ile wasza muzyka wyrasta z rozkwitającego tam w latach 90. "yassu"?

Wymyślenie tego terminu było jedynie świetnym posunięciem marketingowym, którego autorem był Tymon Tymański. W rzeczywistości "yass" to młody i trochę awangardowy jazz. Taka była energia Miłości, Łoskotu czy Maestro Trytonów. Termin "yass" pozwolił im zaistnieć na skostniałej scenie jazzowej i umarł z czasem śmiercią naturalną.

Jak powstają wasze utwory?

Nie ma wśród nas lidera, który przynosiłby na próby gotowe nuty. Każdy daje coś od siebie. Często zarysy poszczególnych utworów rodzą się podczas spontanicznych jamów.

Na ile ważna jest w waszej twórczości improwizacja?

Jest esencją i celem tego, co robimy. Lubimy fragmenty aranżowane, ale najwięcej miejsca przeznaczamy właśnie na improwizacje. Nie są to jednak dzikie popisy w stylu free - nasze utwory zawsze mają konkretny szkielet rytmiczny i temat, które są bazą do swobodnych wypowiedzi poszczególnych muzyków.

Nagrywacie właśnie nowy album. Czego się możemy po nim spodziewać?

Będzie bardziej dojrzały od debiutu. Popuściliśmy podczas pracy nad nim wodze muzycznej wyobraźni. Choć może to wyglądać na paradoks, będzie na nim zarówno więcej akustycznego, jak i elektronicznego grania.

ROZMAWIAŁ PAWEŁ GZYL