Recenzja albumu 'Music for Umbrellas' Onet.pl


W życiu nie wpadłbym na to, że parasole słuchają takiej dobrej muzyki. Patrzcie państwo, człowiek żyje z parasolem pod jednym dachem i tak mało o nim wie. Choć ich debiut fonograficzny to sprawa zaledwie sprzed dwóch lat, początków Sing Sing Penelope doszukiwać się można w ubiegłym stuleciu, a konkretnie w 1999 roku. W skład formacji wchodzą muzycy związani m.in. z Variete, Mazzollem, Ecstasy Project Trio, Maestro Trytony, Kultem, Mordami itp. itd. Choć lista to długa i personel wyszkolony jak rzadko, Sing Sing Penelope nie wiedzieć czemu wciąż określa się mianem "jednej z największych nadziei polskiego jazzu". W pozytywnym tym określeniu kryje się pułapka, bowiem może ono sugerować, że jeszcze trzeba stosować wobec nich taryfę ulgową, że są dobrzy jak na młodych. Nieprawda. Są dobrzy, po prostu dobrzy. Ze skomplikowanych arytmetycznych wyliczeń wynikło mi, że na przygotowanie debiutanckiego materiału mieli aż pięć lat, a "Music For Umbrellas" stworzyli w zaledwie dwa lata. Mimo to nowa płyta jest dużo bogatsza i bardziej różnorodna od poprzedniczki. Więcej tu kolorów i więcej kontrastów. Od subtelnych, ledwie słyszalnych bulgotów i szelestów ("Summa Musica"), przez hałaśliwą frikową galopadę ("Fis & Love"), aż po plemienne - i płomienne zarazem - afrykańskie rytmy w kulminacji "Black Minority". Tytuł utworu pewnie zresztą wziął się od tych tam-tamów... Nie obraziłbym się, gdyby Sing Sing Penelope rozwinęli w przyszłości te pomysły. Zresztą, którychkolwiek by nie rozwinęli, będzie dobrze. W końcu mamy do czynienia z jedną z największych nadziei polskiego jazzu...